czwartek, 19 stycznia 2017

Korona Tamary cz.1

Witam!馃榿
O to nowe opowiadanie. B臋dzie ono jedn膮 z d艂u偶szych serii. Zacz臋艂am pisa膰 jej ju偶 dawno temu i nie mia艂am okazji na doko艅czenie. Jednak dzi艣 nadszed艂 ten moment, aby powoli kontynuowa膰 t臋 opowie艣膰. Moim zdaniem sam pomys艂 na fabu艂臋 jest ciekawy i mam nadziej臋, 偶e nie zniszcz臋 tego potencja艂u.Mam do was jeszcze pytanie. Ostrzegam odpowiedzi mog膮 wp艂yn膮膰 na dalszy ci膮g historii [nie chc臋 za wiele zdradza膰馃槈]:
Wolicie silne, niezale偶ne, odwa偶ne kobiety, czy mo偶e skromne, nie艣mia艂e os贸bki?
Odpowiadajcie w komentarzach [cieszy艂a bym si臋 gdyby艣cie napisali r贸wnie偶 dlaczego].
Mi艂ego czytania!!!
____________________________________________________________

 Korona Tamary.

Wiatr wia艂 szybciej ni偶 zwykle, gwa艂townie szarpi膮c drzewa. Grzmoty s艂ycha膰 by艂o w ca艂ym zamku. B艂yskawicznie roz艣wietla艂y komnaty ja艣niej ni偶 ogie艅 z komink贸w. To by艂o pewne. Dzi艣 nadszed艂 dzie艅 przepowiedni.
    W najwi臋kszej sali zebrali si臋 najwa偶niejsi doradcy kr贸la. Siedz膮c przy pot臋偶nym drewnianym stole wpatrywali si臋 we wrota, gdzie mia艂a ukaza膰 si臋 wyrocznia. Wystarczy艂o jedno spojrzenie by wiedzie膰, 偶e nie s膮 to zwyk艂e drzwi. Ramy by艂y pi臋knie wyrze藕bione, przypomina艂o to wij膮ce si臋 ga艂臋zie. Na ich widnia艂a smocza rze藕ba.
    Nagle wszystko jakby zatrzyma艂o si臋 w miejscu. Nie by艂o s艂ycha膰 偶adnego d藕wi臋ku, jedynie zgrzyt otwieranych drzwi. Po艣rodku wr贸t sta艂a kobieta. Mia艂a ona na sobie d艂ug膮 fioletow膮 szat臋 z kapturem. Zas艂ania艂 on jej w艂osy i rzuca艂 cie艅 na star膮 pomarszczon膮 twarz. Przez mrok przebija艂 si臋 jedynie blask jej przera偶aj膮cych oczu. Nie posiada艂y one 藕renic, by艂y jedynie du偶a b艂臋kitn膮 plam膮.
    Punktualnie o p贸艂nocy, gdy ksi臋偶yc znajdowa艂 si臋 w najwy偶szym punkcie swej drogi, przem贸wi艂a:
-Dzi艣- g艂os mia艂a pot臋偶ny i g艂臋boki, lecz pochodzi艂 jakby z oddali- nadszed艂 dzie艅, w kt贸rym us艂yszycie m膮 przepowiedni臋. S艂uchajcie uwa偶nie, bo powiem tylko raz.
Z艂o偶y艂a r臋ce, jak do modlitwy i zamkn臋艂a oczy, a gdy je ponownie otworzy艂a za艣wieci艂y z艂otym blaskiem.
-Nasze kr贸lestwo czekaj膮 wielkie zmiany. Dziedzic tronu za艂o偶y koron臋 Tamary. Dawni kr贸lowie ukryli j膮 w Krainie Dusz Umar艂ych, gdy偶 艣wieci on srebrnym blaskiem tylko na g艂owie prawowitego w艂adcy. Na nic krucze skrzyd艂a i op贸r gdy zap艂onie smoczy ogie艅.
    Niespodziewanie ukl臋k艂a na pod艂odze. Jej cia艂o zacz臋艂o zmienia膰 si臋 w pi臋kne fioletowe skrawki, powoli zdmuchiwane przez wiatr. 呕aden z obecnych nie przej膮艂 si臋 tym widokiem. Wszyscy zacz臋li zastanawia膰 si臋 nad sensem s艂贸w wyroczni.
-To oczywiste, dawni w艂adcy ukryli koron臋 Tamary, by nie wysz艂a na jaw prawda o tym, 偶e nie s膮 prawowitymi w艂adcami.
-Jak mieliby to zrobi膰? Poza tym wszyscy wiemy, 偶e owa korona to mit- kr贸l wyda艂 si臋 by膰 roztrz臋siony.
-My艣l臋- po chwili zabrzmia艂y s艂owa lorda Friedleina, pulchnego m臋偶czyzny, kt贸ry by艂 najbardziej zaufanym w艂adc膮 kr贸la- 偶e wa偶niejsze s膮 s艂owa o prawowitym dziedzicu. S膮dz臋 i偶 ksi膮偶臋ta powinni uda膰 si臋 na poszukiwania korony.
-Czy艣 ty oszala艂? Mam wys艂a膰 w艂asnych syn贸w w niebezpieczn膮 podr贸偶, po co艣, co by膰 mo偶e nie istnieje! Ich moce nie s膮 a偶 tak pot臋偶ne.
- Rozumiem Ci臋, Panie, lecz uwa偶am, 偶e  lord Friedlein ma racj臋. Mimo wszystko to b臋dzie test, kt贸ry zdecyduje kto zostanie przysz艂ym w艂adc膮.
-S膮dzi艂em, 偶e to oczywiste i偶 to Konstantyn jako najstarszy syn obejmie tron po naszym kr贸lu- Rzek艂 jeden z urz臋dnik贸w.
-Nie mo偶emy sugerowa膰 si臋 tego typu pobudkami- zwr贸ci艂 uwag臋 Lord Friedlein.- M艂ody ksi膮偶臋 mo偶e by膰 r贸wnie dobrym w艂adc膮  jak jego starszy brat. M艂odzie艅cy s膮 ju偶 w takim wieku, 偶e mog膮 podj膮膰 tego typu wypraw臋. Warto podkre艣li膰, 偶e wzbogaci ona ich wiedz臋 na temat kr贸lestwa.
- Masz racj臋 drogi przyjacielu. Prosz臋 poinformowa膰 moich syn贸w, 偶e podj膮艂em decyzj臋. Niech wezm膮 tyle z艂ota i s艂u偶by ile uznaj膮 za stosowne i rusz膮 jak najszybciej w drog臋.
Po ostatnich s艂owach kr贸la, wszyscy rozeszli si臋. Sala opustosza艂a. Lord Friedlein ruszy艂 w stron臋 komnat ksi臋cia Gerarda.
    Ogromne drzwi otwarli mu dwaj rycerze z miejskiej stra偶y. Byli ubrani w typowe 偶o艂nierskie mundury koloru br膮zowego. Z lewej strony widnia艂y herby ich rod贸w.
    Komnata ksi臋cia by艂a miejscem odpowiednim dla osoby o jego statusie spo艂ecznym. Jednak nie lubi艂 si臋 nim tak obnosi膰, dlatego lord bardzo go szanowa艂 oraz zechcia艂 wesprze膰 w trudach podejmowanej wyprawy tak jak m贸g艂.
-Witam Wasz膮 wysoko艣膰.
-Mi艂o ci臋 widzie膰 lordzie.
    Przed pulchnym m臋偶czyzn膮 stan膮艂 wysoki, atletyczny m艂odzieniec. Mia艂 on na sobie czarny jedwabny str贸j, kt贸ry podkre艣la艂 jego d艂ugie ciemne w艂osy i b艂臋kitne oczy. Od razu mo偶na by艂o spostrzec, 偶e szykuje si臋 do drogi.
-Postanowi艂em wyruszy膰 w drog臋 ju偶 dzi艣. Samotnie b臋d臋 porusza艂 si臋 szybciej i sprawniej.
-Istotnie ksi膮偶臋, lecz uwa偶am, 偶e to odrobin臋 nierozwa偶ne- m臋偶czyzna przem贸wi艂 bardzo rzeczowym tonem- Zauwa偶, 偶e nie za dobrze znasz teren po za tutejszymi nizinami. S膮dz臋, 偶e przyda ci si臋 przewodnik, kt贸ry zna tamte ziemie.   
-Kogo proponujesz?
-Wys艂a艂em ju偶 Jamesa, chcia艂bym tak偶e aby on ci towarzyszy艂.
    Gerard zgodzi艂 si臋 bez d艂u偶szego zastanowienia. Zawsze ufa艂 rada lorda Friedleina, a ser Jamesa traktowa艂 jak brata. By艂 to wychowanek lorda, o kilka lat starszy od ksi臋cia. Dawniej mieszka艂 w  sieroci艅cu. Odznacza艂 si臋 jednak niezwyk艂膮 odwag膮 i gdy zobaczy rabusi贸w atakuj膮cych lorda, nie waha艂 si臋 i ruszy艂 mu na ratunek. Ten natomiast zaopiekowa艂 si臋 nim i wychowa艂 na najlepszego rycerza jakiego zna艂o to kr贸lestwo.
-B臋dziesz udawa艂 jego giermka i podr贸偶owa艂 anonimowo.

Brak komentarzy:

Prze艣lij komentarz